Gwoździe
Byliśmy kiedyś na placu budowy. Byłem tam z rodzicami i siostrą. Placem budowy była nowo budująca się działka z domem jednorodzinnym naszego wuja. Miałem wtedy 8 lat. Jak pamiętam panował tam okropny bałagan. Nie można było znaleźć tego, czego się akurat w danej chwili potrzebowało. W powietrzu zaś potężna zadyma kurzu, białego proszku ze ścian i drewnianych wiórów. Rodzice rozmawiali o czymś z naszym wujkiem. Nie przysłuchiwałem się na jaki temat prowadzili rozmowę, ponieważ była to rozmowa dorosłych, tak sobie to tłumaczyłem. Moja młodsza siostra nie wchodziła do nowo budującego się domu. Wolała na powietrzu, w ogródku walczyć z mrowiskiem niedaleko nowo posadzonego jałowca nowej żony wuja. Taki wujostwo miało układ, on zajmuje się domem, a ona ogrodem. Tak czy owak siostrzyczkę zafascynował ogródek, a mnie dom. Gdy pracownicy na budowie zauważyli, że krzątam się koło porozrzucanych narzędzi i z ogromnym zainteresowaniem dziecka podnoszę każde z nich i oglądam po kolei ze wszystkich stron, postanowili zrobić mi wielką przyjemność. Usłyszałem, Ej! Mały! Ciągnie cię do fuchy?! Chcesz nam pomóc?! Nie wierząc co usłyszałem pokiwałem głową twierdząco bez słowa. Pierwsze co dostałem do ręki to młotek i gwoździe. Pracownicy mieli małe dwa drewniane elementy do połączenia i to właśnie pozwolili mi wykonać. Chwyciłem za młotek prawą ręką i przytrzymałem gwóźdź lewą. Oczywiście byłem asekurowany przez jednego z nich. Trzymał młotek przez moją rękę i gwóźdź podobnie. Jednak, gdy zaczęliśmy wbijać gwoździe po kolei to czułem się jakbym sam to robił. Następnie pokazali mi blachowkręty. Oczywiście nie wiedziałem wtedy, że są to w istocie blachowkręty. Ale tą nazwę zapamiętałem już do końca życia. Było to chyba najbardziej profesjonalne słowo z konkretnej dziedziny budownictwa jakie wtedy poznałem. Popisywałem się potem przed kolegami w podstawówce, że pracowałem na budowie, że wbijałem gwoździe, wkręcałem, i tu wyraźnie, blachowkręty itd. Normalne u ośmiolatka. Istotne jest jednak to, że od tego zdarzenia w domu wuja, rozpoczęła się moja fascynacja wszystkim, co miało związek z budową lub remontem. Stałem się fachowcem. Dziś mam już swoją firmę. Produkuję akcesoria meblowe. Jestem z tego dumny. Mam piękny szyld nad wjazdem do firmy z napisem Akcesoria Meblowe. Za każdym razem jak przyjeżdżam do pracy rzucam na niego okiem. Muszę powiedzieć, że jest to dochodowy interes. Na brak pieniędzy nie mogę narzekać. Akcesoria meblowe schodzą jak ciepłe bułeczki. Najważniejsze jest jednak to, że wszystko zawdzięczam tej jednej wizycie u mojego wuja. Jeden impuls w postaci jakiegoś zdarzenia może mieć wpływ na resztę naszego życia. Więc warto szukać siebie, poznawać co lubimy robić i co nam daje radość. Jak już to znajdziemy, to po prostu należy zacząć to robić. To jest moja recepta na szczęście.
Chcesz coś dodać?